Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wbrew własnej woli zwiedzonym. Uśmiechał się skromnie, unikając bliższych wyjaśnień.
Nazajutrz rano po przyjeździe Juljana Desnoyers'a, Argensola rozmawiał z Czernowem na przęśle tylnych schodów, gdy ozwał się dzwonek u drzwi pracowni, wychodzące na frontowe schody. Także w porę! Rosjanin, który znał postępowych polityków, zdawał mu właśnie sprawę z zabiegów Jauresa, przedsięwziętych w celu utrzymania pokoju. Było jeszcze wielu takich, którzy żywili takie nadzieje. I Czernow mówił o tych złudzeniach z właściwym mu uśmiechem sfinksa... Miał swoje powody, żeby wątpić. Ale dzwonek zadźwięczał ponownie i Hiszpan pobiegł otworzyć, porzucając nowego przyjaciela.
Jakiś pan życzył sobie zobaczyć się z Juljanem. Mówił po francusku poprawnie, ale akcent jego był jakby objawieniem dla Argensoli. Wszedłszy do sypialni, by zbudzić towarzysza, który właśnie wstawał, rzeki z całą pewnością:
To twój kuzyn z Berlina przychodzi się pożegnać. Nie może być kto inny.
Trzej mężczyźni zeszli się w pracowni. Desnoyers przedstawił Hiszpana, aby nowo przybyły nie pomylił się co do jego położenia towarzyskiego.
Słyszałem o nim. Pan jest Argensolą; wielce uzdolnionym młodzieńcem.
I doktór Juljusz von Hartrott powiedział to z zarozumiałością człowieka, który wie wszystko i chce sprawić przyjemność komuś niższemu, użyczając mu jałmużny swojej uwagi.