Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czyły przeszkody i kto wyczekuje wstawienictwa Opatrzności, aby mu dopomogła. Główna rzecz w tem, żeby być malarzem, choćby się nie malowało. To mu pozwalało pisać bileciki, z powoływaniem się na wyższą estetykę, do kobiet wesołych i zapraszać je do swojej pracowni. Żył w nocy. Don Marceli, zbadawszy istotny stan rzeczy, nie mógł powściągnąć swego oburzenia. Obaj widywali codziennie wczesne godziny ranka; ojciec wstając z łóżka, syn wsuwając się pod kołdrę, by spać blizko do wieczora.
Łatwowierna donja Luiza wynajdywała najniedorzeczniejsze przyczyny, by występować w obronie syna. Kto wie! Może malował w nocy, chwytając się zgoła nowych sposobów. Ludzie powynajdywali teraz tyle cudackich rzeczy.
Desnoyers znał te nocne prace; skandale w restauracjach Monmartre'u i bijatyki. Juljan i ci z jego paczki, którzy uważali frak i smoking za rzecz niezbędną o szóstej wieczorem, byli jak gromada Indjan, zaprowadzających w Paryżu gwałtowne obyczaje pustyni. Szampan lał się strumieniami na uczczenie zgody, przy której często następowała nowa zwada. Nikt nie był skorym jak Juljan do wymierzenia komu policzka i do posłania karty wizytowej. Ojciec jego słuchał ze smutkiem opowiadań pewnych przyjaciół, którzy w mniemaniu, że pochlebią jego próżności zdawali mu sprawę z kawalerskich spotkań, w których jego pierworodny szczerbił zawsze skórę przeciwnika. Malarz znał się lepiej na fechtunku niż na pędzlu Był szampjonem różnych broni, boksował się i po-