Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


siadał nawet tajemnicę ulubionych pchnięć junaków, wałęsających się po fortyfikacjach.
— Niepotrzebny i niebezpieczny jak każdy próżniak — wzdychał ojciec.
Ale w głębi duszy odczuwał pewne zadowolenie, jakąś zwierzęcą dumę na myśl, że ten nieustraszony zawadjaka jest jego dziełem.
Była chwila, kiedy zdawało mu się, że znalazł sposób oderwania go od takiego życia. Krewni z Berlina odnaleźli Desnoyersów na ich zamku de Villeblanche. Karl von Hartroff z dobroduszną wyższością oglądał bogate, aczkolwiek trochę dziwaczne zbiory szwagra. Tak; mogły ujść... niczego... niczego... a dom w Paryżu i zamek miały nawet swoje cachet i mogły posłużyć jako uzupełnienie i pewną patynę dla szlacheckiego dyplomu. Ale Niemcy!... Te wszystkie udogodnienia, z jakich można było korzystać w jego ojczyźnie!... Pragnął, żeby szwagier zobaczył z kolei i mógł podziwiać, jak żył on i jakie stosunki ozdabiały jego dostatki. I tak nalegał w listach, że Desnoyers'owie zdecydowali się na tę podróż. Taka zmiana środowiska mogła wpłynąć dodatnio na Julka. Może zbudzi się w nim chęć emulacji, gdy zobaczy zblizka pracowitość swoich kuzynów, którzy wszyscy byli na stanowiskach. A w dodatku Desnoyers wierzył w rozkładowość atmosfery paryskiej i czystość obyczajów patrjarchalnych Niemiec.
Przebyli tam cztery miesiące. Ale bardzo prędko sprzykrzył się ten pobyt Desnoyers'owi i byłby chętnie uciekł lada chwila. Każdy niech będzie ze swojemi,