Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Cziczi przyjmowała z ironicznym dąsem wszelką wątpliwość w tym względzie.
— Alboż prawdziwie eleganckie mody pochodzą z Niemiec?
Donna Luiza poparła gorąco swoje dzieci, Paryż! Nigdyby jej nie przyszło na myśl jechać do kraju lutrów, by ją tam protegowała siostra.
— Więc jazda do Paryża — oznajmił Francuz, jakgdyby mu mówiono o jakiemś nieznajomem mieście.
Przyzwyczaił się myśleć, że nigdy tam nie wróci. W pierwszych latach pobytu w Ameryce podróż ta była niemożliwą ze względu na nieodbytą służbę wojskową. Potem doszły go mętne wiadomości o jakichś amnestjach. Zresztą minął czas proskrypcyjny. Ale jakiś lęk woli sprawiał, że powrót do ojczyzny wydawał mu się czemś niedorzecznem i zbędnem.
Nic go tam nie ciągnęło. Zerwał nawet wszelkie stosunki z krewnymi ze wsi, którzy opiekowali się jego matką. W godzinach smutku postanowił zająć się budową olbrzymiego mauzoleum, całego z marmuru na Recoleta, cmentarzu bogatych, aby przenieść tam zwłoki Madariagi, jako założyciela rodu. On sam spocząłby tam i wszyscy jego, gdy nadejdzie ich godzina. Zaczynał już odczuwać ciężar wieku. Miał blizko sześćdziesiąt lat i twarde życie na wsi, gnany konno podczas deszczów, rzeki przebywane na płynącym wierzchowcu, noce spędzone na wilgotnej ziemi pod odkrytem niebem, wszystko to nabawiło go reumatyzmu, który zatruwał mu najpogodniejsze chwile.