Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale wreszcie zapał rodziny udzielił się i jemu. Zdawało mu się, że ma dwadzieścia lat. I zapominając o zwykłej oszczędności, postanowił, że odbędą podróż jakby rodzina panujących, w zbytkownych kajutach i z odpowiednią usługą. Dwie młode metyski, urodzone na wsi i podniesione do godności pokojówek samej pani i jej córki, towarzyszyły im w podróży, a ich skośne oczy nie ujawniały zdziwienia na widok tych wszystkich nowości, jakie się przed niemi przesuwały.
Przybywszy do Paryża, Desnoyers nie mógł się zgoła w nim połapać. Mięszał nazwy ulic i chciał zwiedzać rzeczy, które już od dawna nie istniały. Wszystkie jego próby okazania się dobrym przewodnikiem spełzły na niczem. Jego dzieci znały Paryż z książek lepiej od niego. On sam uważał się za cudzoziemca we własnej ojczyźnie. Z początku doznawał nawet pewnego zdziwienia, że potrafi posługiwać się rodowitym swoim językiem. Lata całe nie wymawiał w nim ani jednego słowa. Myślał po hiszpańsku i tłumaczył te myśli na francuzki z całą pstrocizną kreolskich wyrażeń.
— Gdzie człowiek dorobił się majątku i założył rodzinę, tam jest jego prawdziwa ojczyzna — mawiał sentencjonalnie, przypominając sobie Madariagę.
Obraz dalekiego kraju stawał mu przez oczyma natrętnie, zacierając pamięć pierwszych wrażeń podróży. Nie miał wcale przyjaciół wśród rodaków i gdy wychodził na ulicę instynktownie kierował się ku miejscom zgromadzeń Argentyńczyków. A ci doznawali łych samych uczuć. Porzuciwszy ojczyznę, z tem więk-