Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„swego świata“. Nikt nie mógł pamiętać hańbiących szczegółów, tyczących się jakichś setek marek, gdy chodziło o człowieka mówiącego o posiadłościach swego teścia, większych niż wiele księstw Niemieckich. Teraz, kiedy ostatecznie osiedlił się w kraju, wszystko poszło w zapomnienie; a ile podatków nałożonych na jego próżność! Desnoyers odgadywał te tysiące marek, sypanych pełnemi garściami na dobroczynne zakłady Cesarzowej, na propagandy imperjalistyczne, na stowarzyszenia, wszystkie źródła wpływów i ekspansji jakie germańskie ambicje potworzyły.
Desnoyers, człowiek trzeźwy, oszczędny i pozbawiony wszelkich ambicyjek, uśmiechał się myśląc o tych świetnościach szwagra. Miał Karla za doskonałego towarzysza, aczkolwiek dosyć próżnego. Wspominał z zadowoleniem lata, spędzone razem z nim na wsi. Nie mógł zapomnieć tego Niemca, który krążył dokoła niego potulny i przywiązany, jak młodszy brat. Gdy rodzina z pewną zazdrością rozwodziła się nad świetnościami krewnych z Berlina on mówił z uśmiechem:
— Zostawcie ich w spokoju; drogo ich to kosztuje.
Ale, zachwyt, jakim tchnęły listy z Niemiec wytworzył wkońcu w jego otoczeniu atmosferę niezadowolenia i buntu. Cziczi pierwsza przypuściła atak. Dlaczego nie jadą do Europy jak inni? Wszystkie jej przyjaciółki tam były. Rodziny drobnych kupców włoskich i hiszpańskich przedsiębrały tę podróż. A ona, która była córką Francuza nie znała Paryża!... Ach! Paryż! Doktorzy, leczący melancholijne damy oznaj-