Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy Julek i Cziczi wracali do domu na wakacje, dziadek stanowczo przechylił się na stronę pierwszego, jak gdyby dziewczynka pełniła tylko rolę zastępczą. Desnoyers skarżył się na trochę nieporządne prowadzenie się syna. Nie był już w szkołach. Pędził życie studenta bogatych rodziców, trwoniącego ich majątek na wszelkiego rodzaju wybryki.
Ale Madariago występował natychmiast w obronie wnuka.
— A! dzielny gaucho!
Zachwycał się nim bez ustanku. Macał mu muskuły by przekonać się o jego sile; kazał opowiadać sobie o nowych hulankach, w jakich ten smarkacz brał udział wspólnie z bandą rozwydrzonych młodzików, zwanych „wichrami“ w słonecznej gwarze. Wybierał się do Buenos Ayres, by przyjrzeć się z blizka temu wesołemu życiu. Ale, niestety, nie miał siedemnastu lat jak jego wnuk. Minęła mu już osiemdziesiątka.
— Pójdź tu, fałszywy proroku! Opowiedz mi, ile masz dzieci.. Bo pewnikiem musisz mieć dużo dzieci!...
— Papo!... upominała Luiza, która zawsze znajdowała się w pobliżu, lękając się gorszącego wpływu dziadka.
— Nie wtrącaj się! — zaperzał się stary. — Ja wiem, co mówię.

Ojcostwo występowało jako nieunikniony dodatek we wszystkich jego miłosnych bajaniach. Był już prawie ślepy, a utracie wzraku[1] towarzyszyło rosnące umysłowe rozprężenie. Jego starcza gadatliwość przybierała charakter lubieżny, wyrażając się językiem, który

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wzroku.