Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Paryż! wzdychała młodsza, Helena, przewracając oczami.
I obie zasięgały rady Desnoyersa w sprawach elegancji, ilekroć wypadało im jechać po sprawunki do Buenos Ayres.
Urządzenie domu odzwierciedlało upodobania dwóch pokoleń. Panny miały salon, bogato umeblowany i pełen wspaniałych lamp, których nigdy nie zapalano. Ale popędliwość ojca wyrządzała częste szkody tej komnacie, stanowiącej przedmiot pieczołowitości i zachwytów obu sióstr. Dywany nosiły ślady zabłoconych butów hodowcy. Na złoconym stole pojawiała się szpicruta. Próbki kukurydzy rozsiewały swe ziarna po jedwabnej sofie, na której panienki zwykłe były siadać z pewną ostrożnością, jak gdyby w obawie, żeby się nie złamała. U wejścia do jadalni stała potężna, decymalna waga i Madariaga wpadał w złość, gdy córki prosiły go, żeby ją kazał przenieść do czeladni. Właśnie! będzie się tam trudził, ilekroć mu wypadnie sprawdzić ciężar wyprawionej skóry! W salonie był też fortepjan i Helena całemi godzinami wygrywała na nim z rozpaczliwie dobrą wiarą. A ojciec w porze drzemki szedł spać na swojej ponszy w poblizkich eukaliptusach.
Ta młodsza córka, którą nazywał „romantyczką“, była przedmiotem jego napadów złości i jego drwin. Skąd ona się wzięła ze swemi gustami, jakich nigdy nie miał on ani jego biedna chinka? Na fortepjanie leżały stosy nut. W kącie salonu kilka skrzynek od