Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ka a ten rzucił się na niego z nożem. Madariaga bronił się jak mógł przekonany, że lada chwila dosięgnie go cios morderczy, gdy nadbiegł Francuz i dobywszy rewolweru rozbroił napastnika.
— Dzięki, gabacho — rzekł wzruszony hodowca — ocaliłeś mi życie. Jesteś człowiekiem jak się patrzy i powinienem cię wynagrodzić... Od dziś... będę ci mówił po imieniu.
Desnoyers nie mógł jakoś pojąć, na czem polegała ta osobliwsza nagroda. Wnet jednak pewne osobiste względy polepszyły jego los. Nie jadał już w budynku przeznaczonym dla służby. Madariaga rozkazał mu siadać przy swoim własnym stole. I w ten sposób Desnoyers zapoznał się bliżej z jego rodziną.
Małżonka była zawsze niemą w obecności swego pana i władcy, wstawała przed świtem, by doglądać śniadania robotników; krzyczała na służące rozespane i leniwe; w kuchni i przyległościach rządziła się jak prawdziwa gospodyni, ale zaledwie dał się słyszeć głos męża, milkła jak trusia. Siadając do stołu, wpatrywała się w niego okrągłemi oczyma, z których wyzierała bezgraniczna uległość. Desnoyers myślał czasem, że z tem niemem uwielbieniem łączył się podziw dla energji, z jaką hodowca — podówczas już blisko sześćdziesięcioletni —- dostarczał wciąż nowych mieszkańców swym włościom.
Obie córki Luiza i Helena przyjęły z zachwytem nowego stołownika, który ożywiał jednostajność rozmów przy stole, przerywanych często wybuchami ojcowskiego gniewu. A przytem był z Paryża.