Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


od kruków nadlatujących z odległości wielu mil dokoła. Kiedyindziej to było zimno; niespodziewany spadek termometru zasiał pola trupami. Padało dziesięć, piętnaście tysięcy sztuk lub więcej.
— Cóż robić! mówił Madariaga z rezygnacją — Gdyby nie takie klęski, ta ziemia byłaby rajem. Teraz trzeba myśleć o tem, żeby uratować skóry.
I tu zaczynał miotać przekleństwa na pychę wychodźców z Europy, na nowe obyczaje biedoty, ponieważ brak mu było dostatecznej ilości rąk, żeby obdzierać jaknajprędzej ową padlinę i tysiące skór popsuło się wraz z gnijącem mięsem. Kości bieliły się na ziemi niby zwały śniegu. Chłopcy przyozdabiali słupy zagród czaszkami krów z rogami powykręcanemi na podobieństwo lir helleńskich.
— Na wszelki wypadek została ziemia — dodał hodowca.
I objeżdżał galopem olbrzymie pola, zaczynające zielenić się pod nowymi deszczami. Był jednym z pierwszych, którzy przemieniali dziewicze grunta w łąki, użyźniając naturalne pastwiska nawozem. Gdzie przedtem używił się jeden wół, teraz starczyło na trzech.
— Stół zastawiony — mawiał wesoło — sprowadzimy nowych biesiadników.
I skupował po śmiesznych cenach bydło zdychające z głodu, na polach jałowych i wprędce dawał mu się odpaść na swoich żyznych pastwiskach.
Pewnego dnia Desnoyers ocalił mu życie, Madariaga podniósł szpicrutę na świeżo przyjętego robotni-