Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


konserw przerobionych przez miejscowego cieślą na rodzaj bibljoteki, zawierało książki.
— Patrz, gabacho! — mawiał Madariage[1] — wszystko wiersze i powieści... Czyste kpiny!...
On miał swoją bibljotekę ważniejszą i wspanialszą i która zajmowała mniej miejsca. W jego gabinecie, przyozdobionym karabinami, lassami i uprzężami, wykładanemi srebrem, stała mała szafka zawierająca dowody własności i inne szpargały, na które hodowca spoglądał z największą dumą.
— Uważaj, a usłyszysz cuda — oświadczał Desnoyers'owi, wyciągając jakiś zeszyt.
Była to historja sławnych czworonogów, które sprowadzał dla rozpłodu i ulepszania rasy swoich stad; genealogiczne drzewa, dokumenty szlachetnego pochodzenia tych zwierząt. On sam odczytywał te papierzyska, bo nie pozwalał nikomu, żeby się ich tknął. I nałożywszy okulary sylabizował dzieje każdego po kolei bohatera:
„Diamond III-ci wnuk Diamonda I-go, który był własnością króla Angielskiego; i syn Diamonda II-go zwycięzcy na wszystkich wyścigach“.
Ten Diamond kosztował go olbrzymie sumy, ale najpiękniejsze konie w stadninie, sprzedawane po cenach wprost wspaniałych, były potomkami tego ogiera.

— Był mądrzejszy niż wielu ludzi. Mowy mu tylko brakowało. To ten sam, który stoi zabalsamowany przy drzwiach salonu. Dziewczyny chcą, żebym go stamtąd wyrzucił. Niech się tylko ważą go tknąć. Pierwej je wyrzucę!

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Madariaga.