Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dowca potrafił grzmocić nią ludzi, gdy go który z nich rozgniewał.
— Biję cię, bo mogę — mawiał, jakby usprawiedliwiając się, gdy go złość ominęła.
Pewnego dnia, biły najemnik uskoczył w bok, szukając noża za pasem.
— Mnie się nie bije, gospodarzu... Ja się nie urodziłem w tych stronach...
Madariaga zatrzymał się z podniesioną w górę szpicrutą.
— Naprawdę nie urodziłeś się tutaj?... W takim razie masz słuszność.- Nie mogę cię bić!... Naści pięć pesów.
Nie mogę cię bić!... Naści pięć pesów.
Gdy Desmoyers wszedł do służby u Madariagi, ten zaczynał tracić rachubę tych, którzy podlegali jego władzy na sposób staro łaciński i mogli być bici. Było ich tylu, że wynikały stąd częste nieporozumienia. Młody człowiek podziwiał bystrość oka swego pracodawcy w interesach. Wystarczało temu popatrzeć przez kilka minut na stado tysięcy owiec, by wiedzieć dokładnie ich liczbę. Bywało, objechał galopem olbrzymią gromadę rogatych i wierzgających zwierząt, i wnet kilka sztuk kazał odłączyć. Poznał, że były chore. Z takim nabywcą jak Madariaga wszelkie wybiegi i sztuczki sprzedawców bywały bezowocne.
Jego pogoda wobec niepowodzeń była również godną podziwu. Raz, wskutek suszy padła olbrzymia ilość krów. Łąki wyglądały jak pobojowisko. Na wszystkie strony martwe ciała; w powietrzu czerniło się