Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tamten nic sobie nie przypominał. Tylko jakiś nieokreślony instynkt szeptał mu, że kobieta mówiła prawdę.
— Dobrze, i cóż stąd?
— Panie; oto go macie. Lepiej, żeby wyrósł na człowieka przy waszym boku, niż gdzieindziej.
I przedstawiała mu małego metyska. Ha! jeden więcej i z taką prostotą ofiarowany!... „Brak religii i dobrych obyczajów!“ Zdjęty nagłą skromnością, zaczynał wątpić w prawdomówność kobiety. Dlaczego miał być koniecznie jego? Ale wahanie nie trwało długo.
— Mniejsza z tem, niech zostanie.
I matka odchodziła spokojna, że zapewniła przyszłość malcowi, bo ten człowiek pochopny do wybuchów gniewu, był również skorym do szczodrobliwości. W rezultacie nie zabrakło jej synowi kawałka ziemi i stadka owiec.
Z początku Misia Patrona buntowała się przeciw tym adoptacjom, jedyna oporność na jaką sobie pozwalała w całem swem życiu. Ale Centaur nakazał jej wnet milczenie.
— I ty się jeszcze ważysz gadać, jałowa krowo? Kobieta, która zdobyła się tylko na dziewczyny!... Wstydzić się powinnaś!...
Ta sama ręka, która wyciągała niedbale z kieszeni zwinięte w kulkę bilety bankowe, rozdając je bez rachuby chwytała również łatwo za gałkę od szpicruty, którą Madariaga nosił zawsze wiszącą u pasa. Ta szpicruta była rzekomo na konie, ale choleryczny ho-