Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jego żywotność niestrudzonego centaura pomagała mu dzielnie w zaludnieniu jego włości. Był zmienny, despotyczny i wielce uzdolniony do ojcostwa, jak jego przodkowie, którzy, zdobywając przed wiekami Nowy Świat, tak silnie zeuropeizowali tubylczą krew. Miał te same upodobania, jak kastylijscy konkwistadorowie w miedzianych pięknościach, skośnych oczach i kędzierzawych włosach. Gdy Desnoyers widział go odjeżdżającego galopem pod pierwszym lepszym pozorem do jakiejś poblizkiej ranczy, mówił sobie ze śmiechem:
— Jedzie po nowego robotnika, żeby pracował na jego gruntach za jakie piętnaście lat.
Domownicy czynili również uwagi nad podobieństwem rysów pewnych młodzieńców, którzy pracowali na równi z innymi, galopując od świtu po pastwiskach. Ich pochodzenie było przedmiotem wielce swobodnych żarcików. Dozorca Celedonio, trzydziestoletni metys, niecierpiany ogólnie dla twardego i skąpego charakteru, powierzchownością przypominał także trochę Madariagę.
Prawie co roku zjawiała się z tajemniczą miną jakaś kobieta, przychodząca z daleka, brudna i obszarpana, prowadząca za rękę małego metyska o płomiennych oczach. Chciała mówić na osobności z gospodarzem, a gdy go ujrzała przed sobą przypominała mu podróż, jaką odbył przed dziesięcioma lub dwunastoma laty, by zakupić stado owiec.
— Przypominacie sobie, panie, że spędziliście noc w mojej ranczy, bo rzeka przybierała?