Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tę sumę Później przyślą mu więcej. Pewien obywatel ziemski, jego krewny zajmuje się tam jego interesami. Margarita zdawała się zadowoloną. Ona również przybrała minę kobiety poważnej pomimo swojej pustoty.
— Pieniądz jest pieniądzem — rzekła sentencjonalnie — i bez niego niema zapewnionego szczęścia. Z twemi czterystoma tysiącami franków i tem, co ja mam, możemy sobie dać jakoś radę. Uprzedzam cię, że mój mąż chce mi zwrócić posag. Tak powiedział memu bratu. Ale stan jego interesów, potrzeby fabryki nie pozwalają mu uczynić tego tak prędko, jakby tego pragnął. Biedak! Tak mi go żal! Tak szlachetny i prawy we wszystkich sprawach!... Gdyby nie był taki pospolity!...
Po raz drugi Margarita wyraziła te spóźnione i płonne żale i pochwały... Juljan czuł się tem dotknięty. A ona znowu zmieniła przedmiot swojej paplaniny.
— A twoja rodzina? Widziałeś ją?
Desnoyers zaszedł do domu rodziców przed pójściem do ogrodu Kaplicy Zadośćuczynienia. Zaszedł jakby ukradkiem do tego wielkiego gmachu na Avenue Victor Hugo, kuchennemi schodami. Potem wślizgnął się do kuchni, jak żołnierz-kochanek którejś ze służących. Tam przyszła powitać go matka; biedna donja Luiza, płacząc i okrywając go pocałunkami, jakgdyby wyobrażała sobie, że go straciła na zawsze. A potem zjawiła się Luiza, tak zwana Chichi (czyta się Cziczi), która przypatrywała mu się zawsze z serdeczną ciekawością, jak gdyby chciała dobrze wrazić sobie w pamięć jak wygląda ten brat grzeszny a taki miły