Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


który sprowadza uczciwe kobiety z drogi cnoty i robi same głupstwa. Wreszcie wielka niespodzianka dla Desnoyersa; ujrzał bowiem wchodzącą do kuchni w postawie uroczystej aktorki, szlachetnej matki z tragedji, ciotkę swoją Helenę, tę, która poszła za Niemca i mieszka w Berlinie, otoczona niezliczoną gromadą dzieci.
— Bawi w Paryżu od miesiąca. Spędzi jakiś czas w naszym zamku — opowiadał Juljan Margaricie. — A także zdaje się przyjedzie jej najstarszy syn, mój kuzyn „mędrzec”, którego nie widziałem od szeregu lat.
Rozmowę przerywał kilkakrotnie strach: „Stary jest w domu; strzeż się“ powtarzała mu matka, ilekroć podnosił głos. A ciotka Helena szła ku drzwiom dramatycznym krokiem jak bohaterka, mająca silne postanowienie zasztyletować tyrana, jeżeli ten odważy się przestąpić próg jej komnaty. Cała rodzina bowiem ulegała despotycznej władzy Don Marcelego Desnoyers'a.
— Ach! ten stary! — wykrzyknął Juljan, odnosząc te słowa do swego ojca. — Niech żyje jak najdłużej, ale jak on nam wszystkim cięży!
Matka, która nie mogła mu się dość napatrzeć, przyśpieszyła sama koniec rozmowy, wystraszona pewnemi szmerami: „Idź sobie! mógłby nas tu zastać i dopiero byłaby bieda“. I Juljan uciekł z rodzicielskiego domu, pożegnany łzami obu pań i pełnemi uwielbienia spojrzeniami Cziczi zawstydzona i dumna równocześnie z tego brata, który budził wśród jej przyjaciółek zgorszenie i zachwyt. Margarita mówiła również