Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ła się spódnica entravcè. Teraz zaczyna się już nosić krótką i szeroką w obwodzie.
Desnoyers musiał zająć się suknią z takim samym zapałem jak nią samą; mieszając wyrazy uznania dla bieżącej mody z zachwytem nad pięknością Margarity.
— Myślałeś dużo o mnie? ciągnęła dalej. — Nie sprzeniewierzyłeś mi się ani razu? Ani jednego raziczku? Naprawdę: spójrz na mnie, bo zawsze poznam, kiedy kłamiesz.
— Zawsze myślałem o tobie — rzekł, kładąc rękę na sercu, jak gdyby przysięgał przed sędzią.
I mówił to śmiało, z oddźwiękiem prawdy w głosie — gdyż w jego przeniewierstwach — teraz całkowicie zapomnianych towarzyszyło mu zawsze wspomnienie Margarity.
— Ale mówmy i o tobie — dodał. — Co porabiałaś przez ten czas?
Przysunął swoje krzesło do jej krzesła jak najbliżej. Kolana ich stykały się, ujął jej rękę i pieścił ją, wsunąwszy palec przez otworek rękawiczki. Ten przeklęty ogród, który nie pozwalał na większe poufałości i zmuszał ich do mówienia po cichu po trzech miesiącach rozłąki! Pomimo całej jego wstrzemięźliwości jegomość czytający dziennik podniósł głowę i spojrzał gniewnie z ponad okularów, jak gdyby uprzykrzona mucha drażniła go swem brzęczeniem. Przychodzić na miłosne gruchanie do publicznego ogrodu, kiedy całej Europie groziła katastrofa!
Margarita, śmiało odwzajemniwszy pieszczotę,