Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mówiła spokojnie o swojem życiu w ciągu ostatnich miesięcy.
— Urządziłam się jak mogłam i nudziłam się ogromnie. Jak wiesz, przeniosłam się do mamy, a mama jest osobą starodawnego pokroju i nie rozumie naszych gustów. Bywałam w teatrze z moim bratem; chodziłam do adwokata, by dowiadywać się jak postępuje mój rozwód i przynaglać go do pośpiechu... I nic więcej.
— A twój mąż?
— Nie mówmy o nim, dobrze? Biedak; żal mi go. Taki dobry... taki zacny... Adwokat zapewnia, że zgadza się na wszystko i nie chce stawiać przeszkód. Mówią, że nie przyjeżdża do Paryża, że mieszka w fabryce... Nasz dawny dom zamknięty... Czasem, doznaję wyrzutów sumienia, myśląc, że tak źle z nim postąpiłam.
— A ja? rzekł Juljan, cofając rękę.
— Masz słuszność — odparła z uśmiechem. — Ty jesteś życie. Ono bywa okrutnem, ale jest ludzkiem. Musimy myśleć tylko o sobie i nie troszczyć się o drugich. Tylko egoiści mogą być szczęśliwi.
Oboje zamilkli. Wspomnienie męża przesunęło się pomiędzy nimi jak lodowate tchnienie. Juljan pierwszy otrząsnął się z tego przykrego wrażenia.
— I nie tańczyłaś przez cały ten czas?
— Nie, czyż to było możliwe? Wyobraź sobie, kobieta rozwodząca się. Nie byłam na żadnem zebraniu chic, po twoim wyjeździe. Chciałam zachować pewną żałobę podczas nieobecności... Raz tangowaliśmy na