Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie podzielał ogólnego przerażenia. Przechwałki Radcy wydawały mu się teraz bredzeniem mieszczucha przedzieżgniętego w żołnierza. Niepokój Paryża był w jego oczach nerwowym wybrykiem ludzi żyjących spokojnie i których każdy cień niebezpieczeństwa mogącego zagrozić ich dobrobytowi, przeraża. Tyle razy mówiono już o nieuniknionej, natychmiastowej wojnie, a zatarg zażegnywał się w ostatniej chwili. A przytem Juljan nie życzył sobie wojny, bo wojna krzyżowała jego plany przyszłego życia; zaś człowiek przyjmuje jako logiczne i rozsądne to wszystko co służy jego egoizmowi, to jedynie uważa za szczyt rzeczywistości.
— Nie, nie będzie wojny — powtarzał sobie, chodząc po ogrodzie. — Tym ludziom pomięszało się w głowie. Jak może wybuchnąć wojna w dzisiejszych czasach?
I odtrącając wątpliwości, które pomimowoli chwytały go raz po raz, zaczynał myśleć tylko o tem, co go w danej chwili obchodziło najbardziej. Spojrzał na zegarek. Piąta. Ona powinna nadejść niezwłocznie. Wydało mu się, że poznaje ją zdaleka w jakiejś pani, która wchodziła przez bramę od ulicy Pasquier. Ale zanim się zbliżyła, mógł przekonać się o swojej pomyłce. Nie szła sama; inna pani przyłączyła się do niej. Były to zapewne Angielki lub Amerykanki.[1] Północy, z tych które żywią romantyczny kult dla Marji Antoniny.

Chciały zwiedzić kaplicę Zadośćuczynienia, dawny grobowiec ściętej królowej. Juljan ujrzał je wchodzące na stopnie i mijające zewnętrzny dziedziniec, pod którym leży ośmiuset szwajcarów, poległych

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku: zbędna kropka.