Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w dniu 10-go Sierpnia, wraz z innemi ofiarami rewolucyjnej wściekłości.
Stropiony tym zawodem jął przechadzać się w dalszym ciągu. Był tak zły, że brzydota pomnika, jakim Restauracja Burbońska przyozdobiła dawny cmentarz Magdaleny wydała mu się jeszcze większą. Czas mijał, a ona nie przychodziła. Za każdym nawrotem patrzył chciwie ku wejściom ogrodowym. I stało się to co zawsze przy dawnych schadzkach. Ujrzał ją nagle, jakby spadającą z wysoka, lub wyrastającą z ziemi niby widziadło. Lekki kaszelek, lekki odgłos kroków i Juljan odwracając się natknął się prawie na nadchodzącą.
— Margarita!... Och! Margarita!
To była ona, a mimo to, prawie że jej nie poznał w pierwszej chwili.
Ogarnęło go jakieś zdziwienie, że ujrzał w rzeczywistości to oblicze, które przez trzy miesiące nawiedzało wciąż jego wyobraźnię, stając się za każdym razem bardziej uduchownionem i wyidealizowanym przez nieobecność. Ale to trwało krótką chwilę. Natomiast doznał wrażenia, że czas i przestrzeń przestały istnieć, że nie wyjeżdżał nigdzie i że upłynęło zaledwie kilka godzin od ostatniego spotkania.
Z bezładnych wykrzykników Juljana, z namiętnego drżenia jego rąk, odgadła Margarita mający nastąpić wybuch uczuć, a może i coś więcej i okazała się chłodną i pogodną.
— Nie, nie tutaj — rzekła z pewnem zniecierpliwieniem. — Co za myśl naznaczać mi tu spotkanie!