Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


już się zbliża godzina triumfu i nie uważają za potrzebne udawać.
Ujrzał się na szalupie tańczącej po falach przed czarną i nieruchomą ścianą Transatlantyku, upstrzonego świetlnemi krążkami. Przy bortach tłoczyli się pasażerowie, żegnając odjeżdżających powiewaniem chustek. Juljan zobaczył Bertę, która na traf machała ręką, nie widząc go, nie wiedząc w jakiej szalupie się znajduje, ulegając potrzebie uzewnętrznienia słodkich wspomnień, które miały zginąć w tajnikach morza i nocy; „Żegnaj, Radczyni!“
Odległość pomiędzy parowcem a szalupami dążącymi do portu, poczęła się zwiększać. Jakgdyby oczekując na tę chwilę bezkarności jakiś stentorowy głos zabrzmiał z ostatniego pokładu wśród wybuchów śmiechu:
— Do widzenia! Wkrótce zobaczymy się w Paryżu!
Zaczem orkiestra, ta sama orkiestra, która przed trzynastu dniami wprawiła w osłupienie Desnoyersa swoją niespodziewaną Marsyljanką, rozpoczęła wojenny marsz z czasów Fryderyka Wielkiego, marsz grenadjerów przy akompanjamencie trąb.
I tak zniknął w pomroce, z pośpiechem ucieczki i zuchwałością bliskiej zemsty ostatni Transatlantyk niemiecki, który zawinął do brzegów Francji.
To działo się ubiegłej nocy. Aczkolwiek nie minęło jeszcze dwudziestu czterech godzin od tej pory Desnoyers'owi wydawało się to czemś dalekim i mętnie rzeczywistem. Umysł jego skłonny zawsze do sprzeciwu