Strona:Henryk Sienkiewicz - Wiry 02.djvu/224

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   216   —

    bliczność, to aż i mnie zrobiło się ciepło. Korniszony biły brawo lub wołały »hańba«, gdy była mowa o rodzicach; sroki dostały wypieków i podrzucało je na krzesłach, tak jakby siedziały na szydłach, i wszystko było jaknajlepiej. Zabierał głos pan Citronenduft, panna Gotower i jeszcze jakaś dziewica, rodem aż z Karsu, która, o ile słyszałem, nazywa się jakoś z grecka, czy z hiszpańska: »Nieodtego«. Dojrzalszą publiczność ogarniał także zapał, a ja, choć Groński o tem wątpi, bawiłem się jak król. Bo widzicie, panowie, ja, w zasadzie, nie mam przeciw uświadamianiu nic. Owszem, owszem! Tylko jestem tego zdania, że jak ma być wesoło, to niech będzie prawdziwie wesoło. To też, po kilku przemówieniach, wstałem, prosiłem o głos, i oświadczyłem, że chcę wypowiedzieć wiersz na cześć zebrania. Zgodzono się i dostałem z góry brawo. Wtedy zacząłem deklamować — wprawdzie nie oryginalny poemat, ale moją trawestacyę bajki: »Raz swawolny Tadeuszek«. Ale nie długo tego było; pokazało się, że mój Tadeuszek okazał się tak swawolny, że był za swawolny nawet i dla nich. Nie podobało się też i to, że patrząc na pannę »Nieodtego«, przymknąłem jedno oko.