Strona:Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły.pdf/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czasem to bywa niepodobne — wtrąciła chłodno Fania.
Złotopolski uśmiechnął się.
— Pamiętam — rzekł — że dziada mego, Kasztelana, nazywano w salonach za czasów Księstwa Warszawskiego: „Monsieur le Malgrétout”. Przypominam pani, że jestem jego wnukiem.
— Czyż i panu dają tę nazwę?
— Spodziewam się, że zasłużę na nią.
— Więc dopiero w przyszłości?
— Tak pani! w mojej dewizie przedewszystkiem o przyszłość chodzi.
— Przyszłość nie zależy od pana.
— Śmiem sądzić inaczej.
— Nie radzę panu szczerze. Skądże to zaufanie?
Złotopolski zniżył cokolwiek głos.
— Nie wiem, może wytrwałość pana Iwaszkiewicza nauczyła mnie wierzyć, że i najniepodobniejsze rzeczy stać się mogą.
Fania zarumieniła się mocno.
— Umie sobie radzić ten pan Iwaszkiewicz — ciągnął dalej Złotopolski, ale dziś takie czasy, że wszyscy muszą sobie sami radzić. Ja naprzykład, nietylko że