Strona:Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły.pdf/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ale my byśwa chcieli jako zaradzić, żeby jaśnie pan dostał pieniędzy i nie sprzedawał Złotopola. Ono tu nigdy żadnych kolonistów nie bywało. Ojciec jaśnie pana siedział z nami na roli i byliśwa swoi.
— Jakże to chcecie zaradzić? — spytał Maszko.
— A my byśwa kupili krzynę lasu za to, cośwa się złożyli, ino żeby tych poganów tu nie bywało.
— Moi kochani! — przerwał Złotopolski — mnie wasza krzyna lasu nic nie znaczy, a jakem postanowił rozkolonizować Złotopole, tak i zrobię. Nie trzeba było oto szkód robić, a zboża wypasać, a okradać mnie na wszystkie strony, tobym nie sprzedawał Złotopola.
— Nie kradliśwa, jaśnie panie, nigdy i nie będziemy — odezwał się jeden z gromady.
— A nie mówił mi to rządca o szkodach?
— Szkoda szkodą, ale nie kradliśwa.
— Niby to nie wszystko jedno?
— Juści nie, jaśnie panie; myśwa pieniędzy nie kradli, a jak tam który niecno-