Strona:Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły.pdf/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Na wieki. Czego chcecie?
Stary jeden gospodarz skłonił się i począł mówić w imieniu reszty:
— Myśwa przyszli, bośwa słyszeli, że jaśnie pan sprzedaje Złotopole kolonistom.
— A sprzedaję, ale wam co do tego? wy macie swoje grunta, ja mam swoje.
— Nie można rzec! ale myśwa przyszli prosić, żeby jaśnie pan nie sprzedawał Złotopola. Tu nasi ojce pracowali, tu i jasnego pana ojciec żył i pomer, myśwa tu zawsze byli swoi, a z kolonistami nie dojdziemy do ładu. Z niemi nikt nie trafi do ładu; my się ich boiwa; my przy kolonistach zmarniejemy do szczętu. Niech jaśnie pan nie sprzedaje Złotopola. To mazurska ziemia, nie kolonistów. Jak pan z Brzeźnicy ich puścił, to i jemu teraz bieda i gospodarzom bieda. My wolimy, żeby pan grunta dworskie trzymał, niż koloniści.
— Tak mnie kochacie, czy co?
— Ee! prawdę rzec, my jaśnie pana nie znamy; ino się boiwa kolonistów. Ono my rozumiewa, że to teraz czasy takie, czy co, że każdy pan potrzebuje pieniędzy,