Strona:Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły.pdf/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ta wypasł koniczynę, albo wzion zboża z pola, no to wzion, nie ukradł.
Książę Antoś wziął się aż pod boki ze śmiechu.
— Człeku, bój się Boga! to przecie jedno.
— Nie, jaśnie panie, złodziej to taki, co pieniądze kradnie.
— Szczególna filozofia — zauważył Maszko.
— Jasiu! — zawołał książę Antoś — jutro rozmówicie się w Złotopolu, a teraz temu każ dać wódki i niech zostanie, a reszta niech sobie idzie do djabła. Poczekaj-no, mój człowieku, dostaniesz wódki, boś zuch! ale powiedz mi jeszcze, czy ksiądz wasz nic wam o tem nie mówił, że jak kto „wzion”, to to samo, jakby ukradł?
Chłop widocznie nie miał ochoty do gawędy; na twarzy znać mu było frasunek; ale jużto może wódka, jużto nadzieja przemówienia jeszcze raz w interesie gromady, skłoniła go do odpowiedzi:
— Jegomość nie mówili o tem nic.
— No, a o czem jegomość mówili?