Strona:Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły.pdf/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


każdy może pójść jego śladem i nie widzi w swoim postępku nic godnego uwielbienia. Przecież kolonistów nie zabraknie.
— Panowie! nie przeceniajmy się wzajemnie!
Wreszcie po kilku jeszcze zdrowiach obiadek się kończy.
— Teraz kawa, cygara i przechadzka — mówi gospodarz.
Jak miło jest na wsi, po dobrym obiedzie i po kawie, pójść jesienią na przechadzkę, gdy na dworze skrzy się pogoda, liść nie szemrze, a w ulewie promieni słonecznych pływają białe nitki pajęczyny. Tak cicho i spokojnie płyną one włókienka z przędziwa Matki Boskiej, jako żywot szlachcica polskiego bez skazy na sumieniu, bez długów na hipotece. Jesień polska, gdy się uśmiechnie, to chociaż rzewnie jakoś, ano już tak poczciwie i serdecznie, że z duszą i sercem kupi cię takim uśmiechem. Wesoło wtedy i radośnie wiejskiemu człowiekowi. Przyszedł czas spocząć po pracy: chlebny czas, zbożny czas! W rżyskach krzyczą z wielką wrzawą koniki polne, a na ugorze pastuch, choć zbył już