Strona:Henryk Ibsen - Wybór dramatów.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


DRUGI OBYWATEL. To już musi on stać bardzo źle.
RZEMIEŚLNIK (w innéj grupie). No, proszę mi powiedziéć, z kim tu trzymać należy?
DRUGI RZEMIEŚLNIK (w téj saméj grupie). Trzeba się kierować według drukarza Thomsena, i robić to co on. Ja czynię to zawsze.
BILLING (przeciska się z teką pod pachą przez tłum). Przepraszam, moi panowie. Proszę, przepuśćcie mnie. Jestem sprawozdawcą „Posła ludu.” Dziękuję, dziękuję (siada przy stole na lewo).
ROBOTNIK PIERWSZY. Kto to był?
DRUGI ROBOTNIK. Nie znasz go? To Billing, z gazety Thomsena.
(Holster wprowadza panią Stockmann i Petrę drzwiami na prawo. Walter i Fryderyk idą za niemi).
STOCKMANN. Sądzę, że tu będzie paniom wygodnie, można zaraz się wydostać, gdyby zanosiło się na burzę.
JOANNA. Obawia się pan hałasu?
STOCKMANN. Nie można tego wiedziéć — pomiędzy takim tłumem. Siadajcie panie, tylko spokojnie.
JOANNA (siadając). Jakto pięknie z pana strony, żeś memu mężowi téj sali użyczył.
STOCKMANN. Skoro nikt inny tego zrobić nie chciał...
PETRA (która także usiadła). Potrzeba tu było także odwagi, panie kapitanie.
STOCKMANN. Odwagi! Proszę pani, cóż to ma wspólnego z odwagą?
(Haustad i Thomsen wchodzą jednocześnie, ale każdy z osobna przeciska się przez tłum, ku przodowi).
THOMSEN (zbliżając się do Holstera). Czy doktora jeszcze niéma?
STOCKMANN. Czeka tu obok (poruszenie przy drzwiach wchodowych).
HAUSTAD (do Billinga). Otóż i burmistrz.
BILLING. Rzeczywiście.

(Burmistrz z trudnością toruje sobie drogę wśród zgromadzenia, kłaniając się uprzejmie i staje pod ścianą po lewéj stronie. Zaraz téż wchodzi doktór Stockmann drzwiami po prawéj na przodzie sceny, jest ubrany czarno, w tużurku i białym krawacie. Tu i owdzie dają się słyszeć oklaski, ale milkną wobec uciszających głosów. Zupełna cisza).

STOCKMANN (pół głosem). Joanno! jakże tam z odwagą?
JOANNA (uśmiechając się). Dobrze (ciszéj). Tylko Ottonie, błagam, nie bądź zbyt gwałtownym.
STOCKMANN. O, potrafię nad sobą panować (spogląda na zegarek, wchodzi na podwyższenie i kłania się). Jest już kwadrans po oznaczonym czasie — więc zaczynam. (Dobywa swój rękopism).
THOMSEN. Proponują, ażeby zaraz wybrać prezydującego.
STOCKMANN. Na co? To wcale niepotrzebne.
NIEKTÓRZY PANOWIE (wołają). Przecież, przecież!