Strona:Henryk Ibsen - Peer Gynt.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W przeraźliwe niby kleszcze
Zwarł mi uda, wpił się jeszcze
W moje łydki i tak w cwał
Stromą granią pędził, gnał.
AASA : (mimowoli) Jezu Chryste!
PEER: Czy ty znasz
Grań Gendynu? Zblednie-ć twarz,
Oniemiejesz w jednej chwili,
Kiedy spojrzysz, jak z pół mili
Strzela wgórę, pod niebiosy,
Grzbiet, nie szerszy, niż grzbiet kosy.
A po jednej, drugiej stronie
Zieją czarne, nieme tonie —
Tysiąc łokci, dwa tysiące
Te jeziora leżą śpiące.
Popod nami — głębie wód,
W piarg zamknięte, w śnieg i lód!
Lecim, pędzim po tej zboczy,
Wicher skry nam sypie w oczy,
Przepadniemy snać do znaku!
Nie, na takim ja rumaku
Nie jeździłem! A tam, wdole,
Grzbiety orle, czy sokole
W szarej kąpią się mgławiźnie
I znikają, niby puch!
Człowiek stracił wzrok i słuch:
Lód o brzegi się ośliźnie,
Pęka, rwie się — człek jest głuchy,
Widzi li i słyszy duchy,
Jak się kłąb ich z wywierzyska
Wznosi wgórę, wije, ciska,
Tańczy, śpiewa…
AASA: (nieprzytomnie) Chryste Panie!