Strona:Henryk Ibsen - Peer Gynt.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


PEER: Aż tu naraz tak się stanie,
Że jakowaś kurka śnieżna,
Do tych urwisk przynależna,
Z swej kryjówki się wyrywa,
Przerażona, ledwie żywa,
Wpada prosto między nas,
Jak urwany z turni głaz —
Skrzeczy, gdacze, skrzydłem trzepie,
Bije w capa mego ślepie!
Cap w te tropy zmienił bieg —
Poprzez piargi, poprzez śnieg,
Wraz w piekielny runął żleb!

(Aasa chwieje się i opiera o drzewo; Peer Gynt mówi dalej)

Ponad nami śladu nieb,
Potrzaskane tylko turnie;
Popod nami groźnie, chmurnie
Mgieł bezdenny zieje lej!
I tak pędzim śród tych kniej,
Pędzim poprzez dżdżów tumany,
Potem znowu rozkrakany
Przecinamy ptactwa klucz —
Z krzykiem, z wrzaskiem pierzchły mewy,
A z głębiny, skroś wyziewy,
Zabłysnęła para ócz,
Zabielała pierś potwora:
Od samego dna jeziora
Nasza postać to wypadła.
Biegła ku nam od zwierciadła
Tej spokojnej, głuchej toni
Wprost przeciwnie, jak my do niej
Lecieliśmy zgóry wdół…
AASA: Boże, ratuj!