Strona:Henryk Ibsen - Peer Gynt.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


PEER: Tak, drwijcie sobie, błagajcie, wy, chamy,
A ja nad wami przelecę, jak burza!
Wszyscy padniecie przede mną!
STARSZY CZŁOWIEK: Za duża
W tobie zuchwałość.
INNY: Oszalał!
TRZECI: Zbaraniał!
INNY: Wół!
INNY: Chełpisz!
INNY: Cygan!
INNY: Będziesz się zasłaniał!
My się tam jeszcze-ć dobierzem do skóry!
PEER: (grożąc) Odrobineczkę poczekacie!
KILKU: Wióry
Polecą z ciebie!
(tłum się rozpierzcha, starsi z gniewem oburzenia, młodsi wśród szyderstw i śmiechu}
NARZECZONY: (podchodzi blisko do Gynta)
Czy to prawda, proszę,
że umiesz jeździć w powietrzu?
PEER: Potrosze,
Kochany. Maćku ... truchtem lub galopem.
NARZECZONY:
A masz też ku brak, który, jak się z chłopem
Spotkasz, to ciebie odraz u zakrywa,
Że cię nie widzi żadna dusza żywa?
PEER:
Taki - kapelusz ? .. Mam — bo to ci w myśli.
(odwraca się od niego — SOLVEJGA idzie przez dziedziniec, prowadząc HELGĘ za rękę - PEER idzie naprzeciwko — oczy mu się świecą)