Strona:Henryk Ibsen - Peer Gynt.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


JEDNA Z KOBIET: (zajmując miejsce wśród grupy, siedzącej na belkach)
Co? Narzeczona? E, tych łez nie szkoda!
Wiadomo: płacze każda panna młoda.
KUCHARZ: (do innej grupy)
No, pijcie! Pijcie, kochani ludkowie!
JEDEN Z MĘŻCZYZN:
Nazbyt dolewasz, nie wyjdzie na zdrowie.
PAROBEK: (do grajka, przebiegając z dziewczyną pod rękę) Graj że, Guttormie, a grajże od ucha!
DZIEWCZYNA:
Niech świat się wali! Niech świat cały słucha!
DZIEWCZĘTA: (otaczając kołem tańczącego parobczaka) To ładny skok był!
JEDNA Z DZIEWCZYN: Tęgie ma kolana.
PAROBCZAK: (tańcząc)
Sufit daleko, jeszcze dalej ściana!
NARZECZONY: (zbliża się do ojca, stojącego razem z innymi — niezadowolony ciągnie go za rękaw)
E! Ona nie chce…
OJCIEC: No, to idźże do niej!
NARZECZONY:
Siedzi zamknięta, wciąż ode mnie stroni.
OJCIEC: Poszukaj klucza!
NARZECZONY: Gdzieś go djabli wzięli.
OJCIEC: Et, dureń jesteś.
JEDEN Z PAROBCZAKÓW: (z poza domu)
Hej, coraz weselej!
Peer Gynt tu idzie.
KOWAL: (który dopiero się przybliżył)
A któż tego draba
Zaprosił tutaj?
KUCHARZ: Nikt.

(odchodzi ku domowi)