Strona:Henryk Ibsen - Peer Gynt.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


AASA: Płonna praca:
Nie wyrośnie na tej schedzie
Żadne ziarno! Zginąć w biedzie!
Lecz ty, smyku, ty, dryblasie,
Zawsześ taki, jak w tym czasie,
Kiedy ksiądz ów z Kopenhagi
Nie mógł dosyć twej odwagi
Nachwalić się! Dobrze pomnę
Odpowiedzi twe przytomne:
„Jak się zowiesz?“ pyta klecha,
A zaś na to ma pociecha
Tak odrazu w nos mu utnie
Mężnie, śmiało, rezolutnie,
Że ksiądz rzecze: „Między braćmi
Przyznać trzeba, iż nie zaćmi
Go syn króla, lub książęcy!“
Ojciec, jakby sto tysięcy
Zyskał naraz, z tej radości
Jeszcze suciej klechę gości,
Dał mu konia, dał mu sanki.
Jakież były to hulanki!
Ksiądz, kapitan, a w ich ślady
Wszystkie inne darmozjady,
Ile kto wytrzymać może,
Żrą i piją w naszym dworze,
Aż pękały im kałduny!
Lecz niedługo żywe łuny
Z gęb im biły — przyjdzie nędza
wnet wszystkich powypędza.
Cisza wlazła w progi dworca
Z chwilą, kiedy „Jan od korca“
Przestał hojnym być podczaszym.

(ociera łzy fartuchem)

Lecz ty przecie w domu naszym