Strona:Helena Mniszek - Pluton i Persefona.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

AFRODYTA (zalotnie).
Tobie to, władco mórz, schlebiać powinno, gdyż jam rodem z państwa twego. (do Dyonizosa) Śmiejesz się, Winodajny?...
DYONIZOS.
Myślę właśnie, że morze wyrzuciło, co najpiękniejszego miało z dziwów swych i cudów, bo zazdrosna Amfitryta o Posejdona swego, nie chciała cię przechowywać, najcudniejsza! Wszystko tam przy tobie gasło; muszle, perły i korale krasę swoją utraciły. (Ciszej) Amfitryta była wściekła.
HEFAJSTOS (zbliżył się).
Więc wydawszy tobie wojnę, bogu wojny cię wydała! He!.. he!.. he!..
AFRODYTA (złośliwie).
Najpierw ukarawszy tobą, nagrodę dla mnie obmyśliła.
HEFAJSTOS.
W mężnych barach Aresa. Ehe!... Ja tam o to żalu nie mam! Spokój własny cenię wielce!

(Afrodyta obrażona odchodzi i przyłącza się do Aresa i Erosa. Hymen cicho, poważnie rozmawia z Hestją. Hebe żywo i zręcznie roznosi i podaje bogom złote czary, które napełnia nektarem, ze swego dzbana. Pomagają jej w tem małe duchy łąkowe. Bogowie piją. Apollo siedzi zamyślony, smutny. Do Hefajstosa zbliża się Artemis. Posejdon z Ateną rozmawia).