Strona:Helena Mniszek - Pluton i Persefona.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

ZEUS (z hamowanym gniewem).
Afrodyto i Aresie, na was kolej. Mówcie, proszę!
AFRODYTA (z wdziękiem przeginając się w stronę Zeusa).
Potępiam czyn Plutona, zbyt śmiały, bezczelny! Skrzywdził matkę Demetrę i ciebie obraził, potężny Zeusie. Nic go istotnie tłomaczyć nie może. Czyn bezwzględnie dziki i nawet bezwstydny! Wiem, że Persefona odrzuci ze wstrętem zmysłowe jego zapały i na Olimp wróci. Jestem jej pewna!

(Pallas Atene patrzy uważnie i surowo na Afrodytę z lekką drwiną, toż samo Hera. Hestja robi ruch rozpaczy. Apollo wdzięcznie na Afrodytę spojrzał. Hefajstos śmieje się z sarkazmem. Zeus rozpromienia się wyraźnie).

HEFAJSTOS (głośno, z szyderstwem).
Czyn Plutona dziki, bezwzględny, bezwstydny... dlatego tylko, że Korę porwał, nie zaś Afrodytę, wtedy byłby wielkim. O ile by zaś żądze zmysłów go uniosły, miałby korzyść większą, bo by ze wstrętem odrzuconym nie był. He!... hel... he!...

(Bogowie uśmiechają się powściągliwie. Afrodyta szyderczo, ostro, patrzy na Hefajstosa).

ARES (energicznie).
Pluton jest winien, puścić tego płazem nie można przecie. Jeśli Persefony sam oddać