Strona:Helena Mniszek - Gehenna T. 1.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Będę prosił pana Kościeszy, będę błagał, perswadował, może się opamięta a zaniecha tej rąbki fatalnej. To go nawet kompromituje wobec okolicy, każdy wie, że prawa dziedziczka jeszcze nie pełnoletnia, takiego upoważnienia dać nie mogła. Jeśli moja prośba nie wskóra nic, wolę wyrzec się posady niż patrzyć na takie rzeczy, niech się to nie przy mnie robi. Tylko szkoda mi ciebie detyno. Wychodź ty za mąż prędko... och... wychodź.
Wszedł służący.
— Dziedzic prosi.
Hadziewicz uścisnął dłoń Andzi.
— Zrobię co będzie w mej mocy, może przemówię do sumienia — szepnął.
Po jego odejściu Andzia siedziała w salonie zupełnie oszołomiona. Słowa Hadziewicza, któremu ufała jak ojcu i którego szlachetność znaną była ogólnie, przeraziły ją. Czuła boleśnie wsiąkające do jej duszy zwątpienie w prawość ojczyma.
Nie rozmyślała nad materjalnemi sprawami, nie bolało jej to, że ojczym rozmyślnie uszczupla majątek jej po ojcu, lecz dręczyła ją myśl, że postępuje nie honorowo, że niema uznania u ludzi, że daje powód do podejrzeń o nieuczciwość, że wreszcie był on mężem jej matki, a jest jej opiekunem jedynym, — w którego tyle lat wierzyła i nawet przywiązała się doń szczerze. Teraz coraz nowy cios nieubłaganej prawdy ranił serce dziewczyny. Co raz groźniej przedstawiała się przyszłość, ponuro zarysował się charakter ojczyma i Andzię ogarniał lęk paniczny przed życiem. Zarazem ta depresja moralna budziła w niej energję, wolę, by zerwać więzy dotychczasowe, połączyć się z Olelkowiczem i niedopuścić do duszy krańcowego rozczarowania. Nie spostrzegła, jak minęła godzina i do salonu wpadł wzburzony Hadziewicz.
— Do widzenia detyno — wołał roztarganym głosem, — żegnam ciebie, serce, nic tu po mnie. Ciebie anieli święci uratują od zaguby, ale ja biernym uczestnikiem podłości nie będę. Świnią nie jestem, żal mi sieroteńki, oj żal, ale świnią nie jestem. Teraz dranie tylko będą u pana Kościeszy administrowali, dla uczciwych ludzi zamknięta droga.
Tarłówna podbiegła do niego.
— Co pan mówi?! Opuszcza nas pan? na miłość boską, niech pan zostanie, błagam pana!
Hadziewicz szeroko rozłożył ramiona.
— Nie mogę, serce! Kazał zdać majątek, księgi, wszystko jakiemuś nowemu, co ma przyjechać do Toporzysk. Nie mam już miejsca. Tłumaczyłem jak umiałem, na klęczkach, aby takiej krzywdy tobie nie robił, a potem wypowiedziałem całą prawdę, ani się zmieszał nawet, władny jest i... bezczelny.
— Ja pójdę do ojczyma, może dla mnie?