Strona:Helena Mniszek - Gehenna T. 1.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie, proszę nie iść, sam miejsce wymówiłem nie czekając, aż on to zrobi. Tam są teraz... panowie.
— Jacy panowie?... Skąd?...
Hadziewicz zająknął się.
— Nie wiem, w ważnej sprawie, młody i stary. Ja muszę już jechać.
— Zaczekaj pan, chwileczkę.
Zadzwoniła.
— Kto jest u dziedzica? — spytała lokaja.
— Dwóch panów panienko.
— Kto?... Skąd?...
Służący spojrzał na Hadziewicza porozumiewawczo. Ona to spostrzegła.
Niech Filip natychmiast mówi prawdę. Kto są ci panowie?
— Jasny pan z Prokopyszcz i drugi, starszy z Ukrainy, musi krewny być, bo tak samo się nazywa — wykrztusił służący.
Andzia strasznie zbladła. Administrator żywo posunął się do niej.
— Pani droga, co takiego, serdeńko, detyno luba...
— To nic, nic. Możesz odejść Filipie.
Służący wyszedł. Tarłówna usunęła się ciężko na krzesło, szepcząc zbielałemi wargami.
— Rozgrywają się tam moje losy...
— Ufaj w miłosierdzie boskie i... we własne przeznaczenie. Ten młodzieniec dzielnie wygląda, pan Kościesza jemu nie zduża.
— Czy dawno przyjechali?...
— Tylko co lokaj ich zameldował.
— Niech pan teraz nie jedzie za nic, za nic.
— Dobrze detyno.
Zdumienie i nawet przerażenie Kościeszy nie miało granic, gdy lokaj mijając się z wychodzącym z gabinetu Hadziewiczem oznajmił krótko.
— Jasny pan konstanty Olelkowicz z Krasnosiełek i dziedzic z Prokopyszcz.
Kościesza sam nie wiedział, kiedy i jak wyrzekł słowo „prosić“. Spadło to nań niby piorun. Gdy panowie weszli zrozumiał odrazu, że postawią teraz drażliwą kwestję na ostrzu noża. Oto jest owe postąpienie stanowcze, o którym Olelkowicz pisał w liście. Kościesza ujrzał się nad przepaścią, nagle zorjentował się w sytuacji i zesztywniał jak głaz. Przywołał na pomoc wszystkie swe wrogie siły, ukryte a groźne hydry, któremi ubezwładniał ludzi. I tak opancerzony czekał ataku.
Rozmowa burzliwa trwała względnie długo. Andzia niepokoiła się. Biegała po salonie podniecona w najwyższym stopniu, Hadziewicz nie mógł jej uspokoić. Otworzyła drzwi wiodące do pokoju równoległego z gabinetem Kościeszy, dochodził niekiedy do jej uszu lekki szmer rozmowy toczącej się