Strona:Helena Mniszek - Gehenna T. 1.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ja nie mam pełnej plenipotencji, pan Kościesza mi nie dał, właściwie rządcą jestem nie administratorem. Zresztą... pewno podziękuję za posadę.
— Pan nie chce być u nas?! Dlaczego!?...
— Detyno, tobie bym służył do końca życia, ale patrzyć na to jak ciebie krzywdzą, nie mogę, no,... nie mogę.
Rozłożył ręce rozpaczliwie.
— Kto mnie krzywdzi? — spytała z przerażeniem.
Hadziewicz zmieszał się bardzo.
— Ot; niepotrzebnie wygadał... taka natura — bąknął.
Nagle wyprostował się na fotelu, twarz jego wyrażała stanowczość.
— A jednak to mój obowiązek spytać... Czy pani, serce moje, wie o tem, że las na Drakowie, ten wielki bór masztowców wycinają?...
— Jakto bór Drakowski tną? Dlaczego?... Bezprawnie?... Kto tnie?...
— Z rozkazu pana Kościeszy. Sprzedaje las częściowo. Milczałem dokąd trzebili mniejsze uroczyska, ale teraz, jak już niszczą, takie bogactwo, to dusza martwieje; toż to jest sieroca scheda, to święty grosz. Do tego opiekun niema prawa, nawet ojczym, to... to zbrodnia.
— Panie Hadziewicz widocznie tak trzeba, nic nie wiem, dziwię się nawet, ale przecie ojczym mój... wie co robi.
Administrator rzucił się na fotelu.
— Wiadomo, że on wie co robi, ale czy jemu tak wolno?... Ot co!
— Nie rozumiem.
— Detyno, mnie o ciebie chodzi, żal duszę ściska; jak się widzi, że ciebie... o... ot nieskładnie mówić. Tak nie powinno być, to wstyd, to zgroza...
— Ależ panie, przecie ojczym chyba nie chce... mojej krzywdy?
— A powiedz pani, serdeńko, czy wielka byłaby dla ciebie radość, a szczęście, żeby ty wyszła za mąż za dziedzica z Prokopyszcz?...
Andzia podniosła na niego tęskne oczy.
— Kocham go bardzo i tylko o tem marzę.
— A powiedz pani, czy wielkim byłby twoim przyjacielem, ten, ktoby ci na to nie pozwolił?... I to bez żadnego powodu, bez racji?...
Tarłówna zakryła oczy powiekami, krwawy rumieniec zabarwił jej policzki.
— Ot, i widzisz detyno! — zawołał Hadziewicz z goryczą w głosie.
— Czyż to możliwe?... Boże mój... — szepnęła.
Staruszek z czułością patrzał na nią z pod siwych brwi. Usta drżały mu wzruszeniem.