Strona:Helena Mniszek - Gehenna T. 1.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jest tak uroczo — rzekła Andzia z zadumą.
Administrator bacznie ją obserwował, nagle rzekł serdecznie:
— I pani miała jak słyszeliśmy dużo przykrości, choćby z tą ucieczką panny Lory, ot osobliwość!... Tak sobie w świat bez pardonu.
Andzia milczała.
— A jakże ma się pani Smoczyńska?...
— Zawsze chora, Jaś jest także na wakacjach. Niechże pan siada panie Hadziewicz, stoimy a pan zmęczony.
Administrator usiadł na fotelu, Andzia obok niego. Stary pan pochylił się do niej poufnie.
— A powiedz, mi detyno, nie wychodzisz ty za mąż, serce? Myśmy słyszeli, że konkuruje o ciebie dziedzic Prokopyszczki?.. Niema co, tęga partja, że i trudno o taką drugą u nas. I piękny i bogaty i ród starożytny, a toż i Tarłówna nie dla pierwszego z brzegu. Dobierzecie się mili, jakby w korcu maku szukał. Ale cóż!... ojczym pozwala?...
Andzia ścisnęła go za rękę błagająco.
— Niech pąn nie pyta, niech pan o tem nie mówi.
Twarz jej zbladła; w oczach zalśniły łzy.
Hadziewicz cofnął się, brwi zsunął na czole.
— A, ot co! taka sztuka!? To znaczy, że fama niesie prawdziwą wieść, głucha ona ale widać niezmyślona, już o tem i ludzie wiedzą.
— Co pan mówi, naprawdę?...
— Tak, już gadają, że pan Kościesza nie chce oddać pasierbicy panu Olelkowiczowi, pomimo jej chęci. Ale trafiła kosa na kamień i wyszczerbi się. Pan Olelkowicz nie ustąpi. A pani?... a tyż detyno, serce nasze, będziesz posłuszna własnemu miłowaniu czy... ojczymowi?...
— Ja kochać pana Andrzeja nigdy, nigdy nie przestanę!
Łzy spłynęły z jej oczów gorącym potokiem, lecz stłumiła je szybko i dodała z wielką mocą:
— Oboje dążymy do tego, aby zwalczyć niechęć ojczyma i... zwalczymy!...
— Prawdziwa Tarłówna! — zawołał Hadziewicz z zapałem i ucałował ręce dziewczyny.
— Dlaczegóż to pan Kościesza tak się sprzeciwia małżeństwu pani?... Wszak nieuważając już nawet na uczucia młodych, toż świetna partja materjalna. Jeszcze pani młodzieńka co prawda, dziewiętnaście lat... pączek, ale już za mąż można. Po co marnować najpiękniejsze lata? Już by i dla majątków czas było dać innego właściciela, a to tylko marnuje się dobro... żal bierze...
Hańdzia bystro spojrzała na niego.
— Nic się nie może zmarnować tam, gdzie pan rządzi.
Hadziewicz wstrząsnął smutnie głową.