Strona:Helena Mniszek - Czciciele szatana.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

i wiolonczeli. Bogate tony rozlały się kaskadą wśród rozkwitłych szczodrze klombów kwiatowych; zadrżały śnieżne lilje, nieskalanie czyste w blaskach księżyca, zapłonęły ogniściej purpurowe róże. Muzyka dopełniała uroku, uszlachetniając niejako wspaniałość wieczoru. Do jego piękna przybył wdzięk, miłość i natchnienie. Grali utwory poważne, narkotyzując się i wypowiadając sobie w muzyce całą genezę swych uczuć, ich wzrost, ich majestat. Bo ta moc twórcza przenikała już ich dusze na wskroś, stawała się ogromem. Serca ich należały do siebie.
Słodkie tony Arji — Bacha — przebrzmiały, rozsnuwając dokoła upojną senność i melancholję, poczem Largo, Händla, rozniosło swe dostojne akordy i rzuciło grad perlisty w osrebrzone księżycem puszcze drzew; rozełkany spazm fortepianu i wiolonczeli wywołał nowe dreszcze, nowe wizje. Akordy toczyły się, jak gromy Jowisza w otchłaniach Olimpu.
Oni oboje porwani siłą utworu, unieśli się w zaświaty, w krainę duchowej ekstazy, gdzie duchy ich, wyzbyte ze wszystkiego, co brudzi i kala, szczęśliwe, oddane sobie, intonowały