Strona:Helena Mniszek - Czciciele szatana.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
OBRAZ I

Otaczała ich dwoje atmosfera wyłączna, jaka niekiedy owiewa ludzi niespodziewanie, spada na nich, niby jaskrawa smuga z przelotu demona — nie anioła, lecz demona. Smuga taka zakreśla świetlisty krąg tak wszechwładnie i zaborczo, że zasłania sobą wszystko, pociąga, porywa, przykuwa z despotyczną mocą i bezwzględnie. Ich już porywała. Osrebrzony księżycem, ciepły, wonny wieczór i pysznie rozwinięta natura, tworzyła z nimi rytm zgodny, melodji pełen.
W duszach ich dwojga rozbrzmiewał hejnał wzniosły, pieśń cudna, której nawet harmonja tego wieczoru upiększyć już nie mogła. Muzykalność ich, pobudzona czarem natury, musiała się uzewnętrznić. I oto przez otwarte okna popłynął w głąb parku świetny duet fortepianu