Strona:Helena Mniszek - Czciciele szatana.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

nic w nich nie pozostało ze świetlnych refleksów odbitego w ich falach wybuchu.
Oni oboje zapatrzyli się w tę nową metamorfozę Kampanii i zatoki, wsłuchani w dziwny spokój przyrody po jej szaleństwie.
I w nich zgasły pożary, ucichły gorące wichry, została bezmierna słodycz i wielka jasność w duszach, tryumf, że zwalczyli samych siebie.
Ufnie, ze szczęściem w sercu, przygarnięta przez niego, dotknęła skronią jego czoła, ręką zakreśliła krąg.
— Patrz, wszystko jest tak, jak było przed wybuchem...
— Tak, umiłowana, przeszliśmy ogniową próbę i znowu nam zabłyśnie nasz złoty świt...Promienna ty, moja zorzo, zapowiadająca przyszłe, wzejść mające słońce szczęścia bez granic.Gdy wzejdzie, zaleją nas jego potoki. Zabrałem cię i poszłaś za mną, boś mi zaufała.Ufaj i nadal, ja cię nie zawiodę, poza pewne granice, w takich, jak nasze warunkach, wierząj nie wykroczę. Gdy prysną więzy, wtedy... ka-