Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bywały, a przy tem tak dziwnie rozkoszny, w swem okrucieństwie.
Mogłem zaraz pobiedz i uczynić to, co ona chce. Czekam jednak, walczę, bronię się. Czuję jak silniejszym, rozkoszniejszym ten przymus staje się z każdą minutą —

Tak, siedzę znów tutaj. Pobiegłem szybko i uczyniłem czego chciała: wziąłem sznur, zrobiłem pętlę i zawiesiłem ją na haku.
A teraz będę się patrzył, wlepiał wzrok w papier. Gdyż wiem, co uczyni, jeśli znów popatrzę — — teraz o szóstej godzinie przedostatniego dnia tygodnia. Jeśli ją zobaczę, to muszę uczynić, co zechce, to jest — —
Nie chcę na nią patrzeć — —
Wtem zaśmiałem się — — głośno. Nie, nie śmieję się, to ktoś śmieje się we mnie. Wiem dlaczego, z powodu tego mego: — Ja nie chcę — —
Nie chcę, a wiem zupełnie pewnie, że muszę. Muszę na nią popatrzeć, muszę, muszę to uczynić — — a potem — — resztę.
Czekam, by te męki przedłużyć. Oto powód. Te dławiące oddech cierpienia, są najwyższą rozkoszą. Piszę, piszę, by dłużej tu jeszcze siedzieć, aby chwile tych cierpień przedłużyć, bo one rozkosz mej miłości rozciągają w nieskończoność — —
Jeszcze więcej, jeszcze dłużej — —
Znowu trwoga, przerażenie, znowu! Wiem, że popatrzę na nią, wstanę, powieszę się; tego się nie boję. O nie, to jest piękne, to jest drogocenne.
Ale coś innego, coś innego jeszcze jest w tem, — co potem nadejdzie. Nie Wiem, co będzie, — ale przyjdzie, przyjdzie z pewnością, z całą pewnością. Gdyż szczęście