Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ponieważ musiałem — — Wreszcie napisałem: — ponieważ musiałem.
Staliśmy przy oknach dziś rano i bawiliśmy się. Gra nasza inną jednak się stała od wczoraj. Ona wykonywa jakiś ruch, a ja opieram się, jak długo mogę. Aż wreszcie muszę go powtórzyć, bezwolnie uczynić to, co ona chce. Nie zdołam wysłowić, jaką cudowną rozkosz czuje się w tem, że się jest pokonanym, w tem poddaniu się jej woli.
Igraliśmy. Nagle wstała i odeszła w ciemną głąb pokoju. Było tam tak ciemno, że nie widziałem jej; zdało się, że wsiąkła w tę ciemność. Ale wnet powróciła, niosąc oburącz telefon stojący, zupełnie taki sam, jak mój. Postawiła go uśmiechając się na desce okiennej, wzięła nóż, przecięła drut i odniosła telefon z powrotem.
Przez kwadrans prawie opierałem się jej. Trwoga moja była większa aniżeli kiedykolwiek, ale tem cenniejszem mi było powolne uleganie jej. Wreszcie przyniosłem mój aparat, przeciąłem drut i postawiłem go z powrotem na stole.
Tak to było.
— Siedzę przy stole, wypiłem herbatę, służący właśnie zabrał naczynie. Pytałem go o godzinę, zegarek mój źle idzie. Jest piąta piętnaście, piąta piętnaście — —
Wiem, że gdy teraz popatrzę, Klarimonda coś czyni. Zrobi coś, co ja będę musiał zrobić.
Widzę. Stoi tam i uśmiecha się. Oto, — obym mógł wzrok odwrócić, — podchodzi do story! Odejmuje sznur, — czerwony, jest zupełnie taki, jak przy mojem oknie. Tworzy zeń pętlę. Zawiesza ją na haku ramy okiennej.
Usiada potem i uśmiecha się.
— Nie, tego nie można już nazwać trwogą, co czuję. Jest to okropny, obezwładniający strach, którego nie mogę przemódz za nic w świecie. Jest to przymus tak nie-