Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


więc moje własnowolne więzienie w każdym razie przyniesie jakąś korzyść.

Piątek, 4. marca, 2-ga godzina po południu.
Z niebywałym apetytem spożyłem dziś obiad w południe; prócz tego gospodyni przyniosła mi pół flaszki szampana. Była to prawdziwa uczta przedśmiertna wisielca. Uważa mnie już w trzech czwartych za nieboszczyka. Zanim wyszła, prosiła mnie płacząc i zdradziła się, iż boi się, abym i ja jeszcze „jej na złość“ nie zechciał się powiesić.
Oglądnąłem starannie sznur od story. Na nim to mam się powiesić? Hm, nie mam do tego najmniejszej ochoty. Prócz tego sznur jest szorstki i niepodatny, i z trudem da się złożyć w pętlę; trzeba mieć moc silnej woli, by pójść za przykładem tamtych trzech. Teraz siedzę przy stole, po lewej ręce mam telefon, po prawej stronie rewolwer. Nie boję się wcale, ale ciekaw jestem.

6. godzina wieczorem.
Nic się nie zdarzyło. O włos a byłbym napisał — niestety! Fatalna godzina nadeszła i minęła i okazała się taką samą, jak wszystkie inne. Wprawdzie nie mogę zaprzeczyć, że nieraz wstrzymywałem się, by nie podejść do okna — o tak, ale z zupełnie innych powodów! — Komisarz telefonował między 5-tą a 6-tą przynajmniej dziesięć razy. Był tak samo niecierpliwym, jak i ja. Ale pani Dubonnet jest zadowolona: nareszcie cały tydzień mieszkał ktoś pod numerem 7, i nie powiesił się! Bajeczne!

Poniedziałek, 7. marca.
Przekonany jestem, że niczego nie odkryję i skłaniam się do przypuszczenia, że samobójstwa moich trzech poprzedników należy przypisać szczególniejszemu przypadkowi. Prosiłam komisarza, by zechciał jeszcze raz co