Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


otrzymali nakaz, by możliwie jaknajczęściej pojawiali się na ulicy Alfreda Stevensa i na pierwszy mój sygnał zaraz jawili się u mnie. Najważniejszem jednak było to, że urządził mi stojący na stole telefon, który łączył mnie bezpośrednio z strażnicą policyjną. Ponieważ zaś ta znajduje się w oddaleniu czterech minut drogi, mogłem więc w każdej chwili otrzymać jak najrychlejszą pomoc. Wobec tego, nie wiem nawet, czego mógłbym się obawiać.
Wtorek, 1. marca.
Nie wydarzyło się nic, ani wczoraj ani dziś. Pani Dubonnet przyniosła nowy sznur do story z innego pokoju, — dwa z nich teraz pustką stoi. Korzysta zazwyczaj z każdej sposobności, aby przyjść do mnie, zawsze coś z sobą przynosząc. Kazałem sobie jeszcze raz te wydarzenia ze wszystkimi szczegółami powtórzyć, ale niczego nowego się nie dowiedziałem. Co do przyczyn śmierci ma ona swój odrębny sąd. O artyście przypuszcza, że tu chodziło o jakąś nieszczęśliwą miłość; gdy w przeszłym roku mieszkał u niej, przychodziła doń często jakaś młoda dama, której teraz wcale nie zauważyła. Co agenta szwajcarskiego skłoniło do rozpaczliwego kroku, nie wie wprawdzie — — ale nie można przecież wszystkiego wiedzieć. Ale co do sierżanta, to ten z pewnością powiesił się jej na „złość“.
Muszę zauważyć, że te wyjaśnienia pani Dubonnet wydają mi się nieco blade. Ale spokojnie pozwoliłem jej paplać; zawsze urozmaica to nieco moje nudy.
Czwartek, 3. marca.
Dotąd jeszcze nic. Komisarz dzwoni do mnie parę razy dziennie, telefonują mu wtedy, że doskonale mi się powodzi; nie kryje się, że wcale go to nie cieszy. Wydobyłem z kosza moje książki medyczne i uczę się; tak