Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do tych trzech wypadków przeprowadzić jak najściślejsze badania, i przekonany jestem, że ostatecznie dojdzie do ich przyczyny. Co do mnie, to pozostanę tu jak będę mógł najdłużej. Paryża wprawdzie tem nie zdobędę, ale acz żyję tu bez celu, odkarmiam się porządnie. Mam wreszcie jeszcze jeden powód, który mnie tu zatrzymuje.

Środa, 9. marca.
A więc postąpiłem krok naprzód. Klarimonda. — —
Ach, tak, o Klarimondzie jeszcze nic nie mówiłem. Otóż ona jest — moim „trzecim powodem“, z powodu którego tu pozostaję, i ona jest właśnie przyczyną, że w owej feralnej godzinie byłbym chętnie poszedł do okna, — ale wcale nie dlatego, aby się powiesić. Klarimonda, — dlaczego właściwie tak ją nazywam? Nie mam najmniejszego przeczucia jak się ona nazywa, ale jest mi, jakbym musiał ją nazywać Klarimondą. I mógłbym się założyć, że rzeczywiście nosi takie imię. Czy kiedy zapytam się jej o imię?
Zauważyłem Klarimondę zaraz w pierwszych dniach. Mieszka po przeciwnej stronie bardzo wąskiej uliczki, a jej okno jest wprost naprzeciw mego. Prom tego muszę skonstatować, że prędzej mnie obserwowała, aniżeli ja ją, i całkiem widocznie mną się zainteresowała. Żaden to cud, cala ulica wie przecież, że tu mieszkam a dlaczego, rozpowiedziała o tem pani Dubonnet.
Nie mam wcale kochliwego usposobienia i moja znajomość kobiet była zawsze nie wielka. Jeśli się z Verdun do Paryża przebywa, aby medycynę studyować a przytem ma się tyle monety, że zaledwie co trzeci dzień można zjeść do syta, natenczas myśli się o czem innem, aniżeli o miłości. Nie mam przeto wiele doświadczenia i zapewne tę całą sprawę zacząłem dość głupio. W każdym razie podoba mi się ona taką, jaką jest.