Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rozbrzmiało, gdyby ostatnie pytanie skazańca, błagalnie, żebrząco niemal: — Jej zamiarem było — — abym ja — — ja sam — —?
Nie otrzymał odpowiedzi. Spojrzał ku zachodowi. Coraz niżej opadało krwawo-czerwone słońce: — Muszę, muszę, poprzysiągłem...
Potem wskoczył w grób. Ręce jego wykręcały jakieś kurcze:
— Najświętsza Matko Boża dodaj mi siły! — Chwycił siekierę i uniósł ją wysoko ponad głowę, zamknął oczy i z całej siły uderzył nią.
Cięcie chybiło. Ostrze uderzyło o zmurszałe drzewo, zacięło, przecięło je doszczętnie.
A hrabina uśmiechała się.
Stary ogrodnik odwrócił się. Niezdecydowanie najpierw, potem coraz szybciej począł się oddalać. Starszy z pomocników poszedł w jego ślady. Jan Olieslagers patrzył za nimi, potem odszedł również powoli, krok za krokiem, w stronę zamku.
Hrabia Wincenty d’ Ault — Onival pozostał sam. Cofał się, chciał krzyczeć, wołać za nimi. Ale coś niezwykłego zamykało mu usta.
A słońce zapadało, zapadało... wołało do niego — słyszał dokładnie — —
A hrabina u stóp jego uśmiechała się.
A uśmiech jej był tego rodzaju, że dodał mu sił Przykląkł i podjął nóż z ziemi. Ręka jego drżała, ale nie zważał na to, wraził nóż w szyję, którą tak kochał, ponad wszystko na świecie.
I stało się jakby jakieś wyzwolenie nim owładnęło i przejął go mus jakiegoś niebywałego śmiechu. Śmiał się tak głośno, zgrzytliwie wśród niezmąconej ciszy wieczoru, że gałęzie brzóz drzeć poczęły, to w tę to w ową