Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wtedy rzekł stary: — Panie, wybacz, nie mogę... Czterdzieści cztery lat służę już w zamku i — —
— Hrabia przerwał mu: — Dam tysiąc franków temu, kto to uczyni...
Nie poruszyli się.
— Dziesięć tysięcy franków.
Żadnej odpowiedzi.
— Dwadzieścia tysięcy franków.
Najmłodszy z ogrodników, stojący jeszcze w grobie, spojrzał na hrabiego.
— Czy bierzesz, panie, całą odpowiedzialność na siebie?
— Tak!
— Przed sądem?
— Tak!
— I przed księdzem?
— Tak, tak!
— Daj mi nóż stary i podaj siekierę! Zrobię to! Wziął nóż i zerwał płótno. Pochylił się i wzniósł ramię. I nagle poderwał się, rzucił precz nóż. — Nie, nie! — począł krzyczeć. — Ona się ze mnie śmieje... Jednym susem wydostał się z grobu i popędził w kierunku krzaków, by zniknąć w ich gęstwinie.
Hrabia zwrócił się do przyjaciela.
— Czy przypuszczasz, że bardziej ją kochałeś, aniżeli ja?
— Nie, z pewnością nie.
— Więc łatwiej ci to będzie zrobić, aniżeli mnie.
Ale Flamandczyk wzruszył ramionami.
— Nie jestem rzeźnikiem... Prócz tego zaś... to nie było wcale jej zamiarem...
W kącikach ust hrabiego ukazała się ślina. A przecież wargi jego były suche, zwiędłe, blade, jak płótno.