Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sześć godzin w siodle. Włos miał siwy, ale długa, szpiczasta broda była żółtosiwawa. Podłużną i chudą była twarz jego, długie i chude ręce, a każdy z palców uzbrojony był wielkim, żółtym paznokciem. Dłuższy od strychulca, twardy jak stal, ostry i zakrzywiony, jak szpony drapieżnego zwierzęcia.
Podałem mu moje papierosy. Nie palę ich już od dawna, gdyż zepsuło je powietrze morskie. Ale jemu smakują one — niemiecki fabrykat.
— Czy nie zechciałby mi pan powiedzieć dlaczego legion wypędzony został z pańskiego Bungalow?
Stary nie ruszył się od poręczy werandy. — Nie! rzekł. Klasnął w ręce. — Bana! Dewla! Wino! Szklanki! — Boje przygotowali stół, przysiadł się do mnie, podsunął mi gazety. — Oto, — ciągnął dalej, — czy czytał pan już najświeższą pocztę? Niemcy prześlicznie wygrali podczas wyścigów automobilowych w Dieppe. Benz i Marcedes, czy tam te marki się nazywają. Zeppelin już skończył swój balon — leci na wycieczkę ponad Niemcy i Szwajcaryę, gdzie mu się zechce! — Patrz pan na ostatnią stronę, turniej szachowy w Ostendzie. Kto zdobył nagrodę? Niemiec! — Naprawdę, przyjemnie by było pisma czytać, gdyby nie pisały o berlińskich pankach. Czytaj pan, to o pomstę do nieba woła, jakie — —
Lecz ja mu przerwałem. Nie mam wcale ochoty słuchać „jakie głupoty te niebywałe, owcze łby znów popełniły.“ Przypiłem doń: — Prosit! — Jutro muszę odjechać.
Stary odsunął swą szklankę: — Co jutro?
— Tak, porucznik Schlumberger będzie przepływał tędy z częścią trzeciego batalionu. Weźmie mnie ze sobą.
Uderzył pięścią w stół: — To jest prostactwo!
— Co?